Przejdź do treści

Jesteś tutaj

Wywiad z Januszem Rudnickim na temat książki „Chodźcie, idziemy” nominowanej do nagrody Nike 2008

Wysłane przez maru w 20. luty 2010 - 17:38
Bild
Bild

maru: Czy tytuł książki „Chodźcie, idziemy” jest pytaniem do Polaków żyjących w Niemczech,  a może nakazem? Czy ta otwarta forma w tytule ma na celu zostawić czytelnikowi wolny wybór? (Chodźcie, idziemy? - Chodźcie, idziemy!)

Janusz Rudnicki: Wezwaniem, jeśli już. Ale takimi retorycznym, oczywiście. Żeby czytelnik dupę podniósł. Ale nie z Niemiec do Polski czy odwrotnie, nie, nie, po cholerę. Po prostu, żeby udał się w podróż z autorem.  Ta książka to bilet, rodzaj zaproszenia do podróży. Poza tym, zawsze bawił mnie ten zwrot, to samo prawie słowo w dwóch odsłonach.

maru: W jaki sposób dokonałeś doboru bohaterów? Na czym polega ich symbolika?

JR: Sami się jakoś wybrali, nie miałem żadnego „planu kadrowego”.  Ich symbolika? Nie lubię symboliki, ale jeśli już chcesz, to.., ja wiem? Dyrygent może być Sancho Pansą, Pinkerton Don Kichotem, a Madame Butterfly, występująca jako „MB”, Matką Boską.

maru:  Wydaje mi się, że poszczególne części twojej książki składają się na kartotekę (jeden, dwa, trzy, cztery). W jaki sposób twórczość Różewicza wpłynęła na twój utwór?

JR: Nie myślałem o „Kartotece”. Zapomniałem o niej na śmierć. Ale spostrzeżenie ciekawe. Tym bardziej, że po czterech rozdziałach następują cztery ich dopełnienia, tak, że całość zaczyna i kończy jedynka.

maru: W twojej książce pojawiają się analogie do twórczości Gombrowicza, szczególnie „Ferdydurke”. Jak sądzisz, dlaczego człowiek nie potrafi uciec przed Formą?

JR: Nie potrafi, bo nie chce. To rodzaj ochrony, maski dla ludzi przeciętnych, czyli dla znakomitej większości. Być sobą to wcale nie takie atrakcyjne. Czasami forma bardziej jest naturalna niż prawdziwe "ja”. Nie myślisz, że jeśli ludzie kogoś udają, to może znaczyć, że sobą być nie chcą? Gombrowicz chciał uwolnić od formy ludzi, którzy jedyne, co mają to właśnie ją. Którzy bez niej wyglądaliby jak oskubana kura przed włożeniem do garnka. Albo żółw bez skorupy. Czasami wydaje mi się, że przeceniał człowieka, twierdząc, że chce go wyzwolić. Do czego, jeśli tenże to przeciętne nic? No i czy sztuczność jest aż tak naprawdę sztuczna? Ktoś grający snoba naprawdę tak się tą grą męczy? Nie lepiej mu, kiedy jest nim właśnie niż wtedy, kiedy jest sobą? To znaczy: nikim? Zakładając, że jest nikim, kiedy jest sobą. Myślę, żeby już przestać się wymądrzać, że prawdziwość bardziej krępująca jest niż sztuczność, że człowiekowi z formą do twarzy. O Jezu, teraz Mistrz przewraca się w grobie.

maru: „Chodźcie, idziemy” to na pewno tekst pełen lingwistycznych zabaw, co od razu kojarzy się czytelnikowi z twórczością Mirona Białoszewskiego. Jaki wpływ wywarł na tobie ten pisarz i jego poezja oraz proza?

JR: Gombrowicz i Białoszewski, ta dwójka najbardziej. Nawet nie wiem, od czego miałbym zacząć. Białoszewski podłożył na przykład granat pod tak zwany gładki, potoczysty styl, rozpierdolił go w kawałki i z tych kawałków, jak z puzzli, układał całość. Namawiałbym tu na moją najnowszą książkę, na „Śmierć czeskiego psa”, chociażby dlatego, że w niej, w tekście „Zawał mam” dużo właśnie o nim.

maru: Dużo miejsca w swoim tekście poświęcasz pojęciu tożsamości. Raz jesteś Polakiem, raz Niemcem, raz Murzynem. Jak Polak żyjący w Niemczech od 26 lat próbuje odnaleźć własne „ja”? Dlaczego codziennie musi zadawać sobie pytanie, jakiej jest narodowości? W jaki sposób traktuje go otaczający go świat i ludzie?

JR: To chyba fałszywy trop, to poszukiwanie tożsamości i własnej narodowości. Nigdy nie było to dla mnie żadnym problemem. Dziwię się też trochę ludziom, dla których problem to stanowi. Jestem Polakiem pomieszkującym w Niemczech, i to wszystko. Moje dzieci zaś są trochę Polakami i trochę Niemcami, i to wszystko. 

 
maru: Bohater „Kartoteki” jest everyman-em, ale przyjmuje postawę bierną. Natomiast w twojej książce narracja wskazywałaby na to, iż też jesteś „każdym” (Polakiem za granicą), który jednak przyjmuje postawę aktywną. Co daje ci siłę do walki ze stereotypami?

JR: No nie wiem, nie wiem... Czy ja naprawdę walczę ze stereotypami? To mi trochę za stereotypowe, ta walka ze stereotypami. Od tego są massmedia, gazety, telewizja, ale proza? Za bardzo przyziemne to dla niej zadanie. Ono przecież kończy się na udowodnieniu, że nie wszyscy są tacy, jak myślą o nich inni, nie no, to mi za banalne.

maru:  W swojej książce używasz składni oraz języka, który może być trudny dla przeciętnego czytelnika. Dlaczego stosujesz ten zabieg i w jaki sposób jest on świadomy?

JR: Tu musiałabyś podać przykład, ale domyślam się, że czasami piszę za szybko, za krótko, że mógłbym śmiało ten gęsty dosyć bigos rozrzedzić, czerwonym winem, na przykład. Lub piwem, w przypadku czytelników rzeczywiście przeciętnych.

maru: W jakim celu w swojej powieści umieściłeś wycinki z gazet polskich i niemieckich? Może mają one uwiarygodnić twój przekaz, a może są kanwą tekstu?

JR: Mają one pokazać przyrządzanie tekstu od kuchni. Często, choć nie zawsze przecież, wychodzę od jakiegoś gazetowego faktu, po czym, nakładając na siebie osobowość ofiary, ciągnę ten wózek fabularny aż po sam szczyt absurdu.

maru:  Dlaczego pierwsze części twojego utworu zostały napisane w sposób realistyczny z elementami humorystycznymi, natomiast przypis „Dwa (Obóz)”  jest napisany w sposób naturalistyczny i posiada brutalne fragmenty?

JR: W rozdziale drugim pada wzmianka, że Madame Butterfly urodzona jest
w Łambinowicach, w polskim obozie koncentracyjnym dla Niemców, jako „owoc” gwałtu. Stąd właśnie historia tego obozu, która jest szokująca, przyznam, ale tu chodziło mi o sprawę przez duże „S”.

maru: Bardzo dziękuję i życze powodzenia!

                                                                                                                                                                  maru

Janusz Rudnicki urodził się w w 1956 w Kędzierzynie-Koźlu na Śląsku, emigrant polityczny, od 1983 roku mieszka w Hamburgu, gdzie studiował slawistykę i germanistykę, tam również przełożono fragmenty jego dzieł na niemiecki. Zatrudniony w hamburskim wydawnictwie utrzymuje stały związek z krajem, głównie z kręgiem warszawskiej „Twórczości".

Jakie jest pisarstwo Rudnickiego? Prowokacyjne, bezwstydne, groteskowe. Rudnicki opisuje najbliższy krąg rzeczywistości, metodycznie krok po kroku, odrzucając na bok obyczajowe i estetyczne konwencje. Jego bohater jest z pozoru prostacki, sentymentalny i niezbyt wyrafinowany. Ale ta przeciętność nie wyklucza niezwykłości. Jako Polak mieszkający w Niemczech, i jako prowincjusz osiadły w metropolii, a przede wszystkim jako pisarz zakorzeniony w żywiole codzienności, Rudnicki ucieleśnia typ bohatera osobnego, który mówi i myśli o rzeczach przyziemnych w sposób nadzwyczajny. Język jest tutaj doświadczeniem pierwotnym. Język konstruuje bohatera i autora. Język potoczny, lekko stylizowany na sarmacką frazę lub lekko nadpsuty niemczyzną, wrażliwy na melodię mowy, dosadny, konkretny.

Źródło: www.polska2000.pl, Copyright: Stowarzyszenie Willa Decjusza, 2001

Bibliografia:

  • „Można żyć”, Wrocław: Wydawnictwo Dolnośląskie, 1992.
  • „Cholerny świat”, Wrocław: Wydawnictwo Dolnośląskie, 1994.
  • „Tam i z powrotem po tęczy”, Warszawa: PIW, 1997.
  • „Męka kartoflana”, Wrocław: Wydawnictwo Dolnośląskie, 2000.
  • „Mój Wehrmacht”, Warszawa: W.A.B., 2004.
  • „Chodźcie, idziemy”, Warszawa: W.A.B., 2007.
  • „Śmierć czeskiego psa”, Warszawa: W.A.B., 2009.

maru dziękuje Marcinowi Osijewskiemu za konsultację.

Premium Drupal Themes by Adaptivethemes