Przejdź do treści

Jesteś tutaj

Występ Steffena Möllera w Hamburgu

Wysłane przez maru w 22. Październik 2009 - 21:31
19. Październik 2009 - 17:30

Steffen Moeller

Pod hasłem  "Viva Polonia" odbył się występ znanego kabarecisty Steffena Möllera w hamburskim Teatrze Komedii.
Jego książka o tym samym tytule jest odpowiednikiem wersji polskiej: "Polska da się lubić". Niemiecka wersja  książki różni się od polskiej, bo nie tylko ukazuje od "A do Z"  cechy typowe dla Polaków,ich wady i zalety, ale także zawiera  praktyczne obserwacje z życia codziennego oraz wiele nieocenionych wskazówek dla Niemców wybierających się do Polski. Daje też krótką, przedstawioną z wirtuozerią, lekcję na temat polsko-niemieckiej historii.  Do tego bardzo żartobliwa, napisana z wielką lekkością i swobodą. Bardzo szybko sprzedawała się w Niemczech, jak przysłowiowe ciepłe bułeczki..


Steffen Möller - sam na scenie…. z rzutnikiem do przeźroczy … Powoduje głośne wybuchy śmiechu  u mieszanej, niemiecko-polskiej publiczności . Sala wypełniona jest po brzegi, karty wstępu wyprzedane od tygodni. Wielu Polaków chciałoby jeszcze kupić bilety, ale niestety…nie ma szans….
Pod wpływem śmiechów temperatura  sali  wzrasta z minuty na minutę, publiczność  zaczyna ściągać swetry, marynarki. Siedzę... słucham go... i  myślę:  cholera, on ma rację! Jak się żyje w Niemczech od ponad 20 lat, to można nabrać  dystansu do ojczyzny i postrzegać ją  bardziej obiektywnie. Ale on, jako niemiecki gastarbeiter w Polsce potrafi nazwać  rzeczy  śmiało, po imieniu, nikogo przy tym nie obrażając. To jest sztuka! Jego humor to przede wszystkim szukanie różnic i podobieństw między Polakami i Niemcami.  Pomimo, że książkę przyczytałam i poniekąd umiem przewidzieć, co zaraz usłyszę, nie nudzę się ani przez chwilę. „Steffek” opowiada z niezwykłą lekkością i czujnością. Jak widać nie tylko wielkie przemowy polityków przyczyniają sie do polepszenia stosunków naszych narodów, ale również praca Steffena Möllera. Jest on swego rodzaju pionierem i zasługuje na nasz podziw, o czym sami mogliśmy się przekonać.
Nie bez przyczyny został odznaczony w 2005 roku Krzyżem Zasługi ze Wstęgą Orderu Zasługi Republiki Federalnej Niemiec.
Viva Steffen!!!

 
Viva Polonia Cover

 

Steffen Möller

Niniejsza autobiografia jest jedyną przez mnie autoryzowaną wersją. Tylko tutaj możecie się dowiedzieć całej, aktualnej prawdy.

 

W tym roku nie podaję swojego wieku. W zeszłym roku kokietowałem, że mam już 12 lat, ale w związku z tym dostałem około ośmiu maili z protestami, że wyglądam na mniej - koniec więc z głupimi żartami. Skupmy się raczej na ponadczasowych faktach i trochę na moim stanie duchowym. Najpierw fakty.

 

Nadal imiona moich rodziców to Christian i Sigrun. Nadal pochodzę z Wuppertalu, który pomimo ujemnego przyrostu naturalnego nadal jest miastem wielkości Bydgoszczy i leży przy autostradzie A 46 w drodze do Düsseldorfu. Nadal w Polsce trzeba podkreślać, że i Wuppertal i A 46 znajdują się w byłym RFN'ie - przysięgam, że nie w NRD. Kiedyś w taksówce żartowałem, że Wuppertal jest niedaleko Lipska - a taksówkarz zatrzymał samochód i był gotowy mnie wyrzucić. Musiałem mu palcem na mapie udowodnić, że rzeczywiście tylko żartowałem. Biedni NRDowcy! - Otóż dla waszej orientacji geograficznej: Przyjeżdżając z Polski musicie najpierw mijać Berlin, później będzie Hannover, Zagłębie Rury, a Wuppertal rozpoznajecie po tym, że na pewno akurat pada deszcz.

 

Poza deszczem i pewnym dziwnym tramwajem wiszącym do góry nogami na rusztowaniu, mającym ponad 100 lat, nazywającym się "Schwebebahn", znajdziecie jeszcze inną ciekawostkę w Wuppertalu. Piecze się tam najlepszy chleb na świecie, nazywa się "Hallschlager", jest szary, szorstki, szczery. Gdyby chodziło w życiu wyłącznie o znalezienie najlepszego chleba, nie musiałbym opuścić Wuppertalu.

 

Wiadomo jednak, że chodzi o coś więcej, na przykład o szpanowanie językami obcymi, zapisałem się więc na kurs języka włoskiego na Wolnym Uniwersytecie w Berlinie. Mówiąc w największym skrócie: Oblałem dwa testy, ale trafiłem przez Włochy do Polski. Tu mieszkałem w Krakowie i w Warszawie, uczyłem się polskiego i nagrywałem multum kaset do podręczników języka niemieckiego. Aż do dzisiaj czuję niemałą satysfakcję, gdy w autobusie dyskutuję z kanarem i nagle obok krzyczy dziesięcioletni uczeń: "Czy ja Pana głos znam z kasety? Pan grał wilka w czerwonym kapturku!" Kiedyś nawet kanar był wzruszony i poprosił mnie o autograf dla siostrzenicy, która podobno ma piątkę z niemieckiego.

 

A teraz jeszcze o stanie duchowym moim.

Otóż wygląda na to, że po dziesięciu latach nad Wisłą staję się coraz bardziej Polakiem. Innymi słowami: odgermanizuję się. Przyjmuję coraz więcej polskich cech. Nie dość, że wyjmuję łyżeczkę z filiżanki, gdy piję herbatę, to jeszcze stałem się strasznie nieufny. Ostatnio TP S.A. wysyła wraz z rachunkami telefonicznymi sugestię, żeby dać swojemu bankowi polecenie stałe. Ja się po prostu głośno śmiałem z tego pomysłu. Bandziory! Podczas gdy w Niemczech bez mruknięcia dałem takie polecenie, zaraziło mnie tutaj ogólne podejrzenie, że oni tam na pewno kręcą w TP S.A. albo w banku. Albo listonosz. Czy ja frajer? Nie, ja wolę tak jak dotychczas godzinami stać na poczcie w kolejce.

 

Nastąpiła również pozytywna zmiana. Jestem coraz bardziej gościnny. Zaraz po wejściu do mieszkania proponuję swoim gościom kapcie, a potem herbatę. Jeśli niemiecki gość dziwi się taką rozrzutnością i chce mi zapłacić za herbatę, to odpowiadam wielkim gestem i słynnym zwrotem, którego się również nauczyłem w Polsce: "nie wygłupiaj się!"

 

Ostatni przykład: Noszę dziś w zimie czapkę. Na początku w Polsce śmiałem się z tych mięczaków, którzy nosili wszyscy te same granatowe czapeczki. My w Berlinie przecież mamy prawie te same temperatury i nikt takiej czapki nie nosi. Okazało się, cholera, że słowo PRAWIE jest tu bardzo ważne. Po trzech anginach się już nie śmiałem. Dziś mam cały arsenał czapek, na każdy kierunek wiatru jedną. Jest to zresztą jedną z wielu fajnych zmian w polskim społeczeństwie, które zanotowałem w ciągu tych dziesięciu lat: przy każdym rogu sprzedaje się dziś czapki w innym kolorze.

 

Zobaczymy, czy za rok będę nawet emanował przekleństwami polskimi. Na razie jestem słaby, nie mam odwagi. Jak to brzmi, jeśli obcokrajowiec rzuca brudnym towarem? Pozwalam sobie najwyżej na "holender" albo "kurdę". A po niemiecku mówię strasznie nieumytą gębą, proszę mi wierzyć! Plugastwo jedno!

 

Ale po co to napisałem? Aha, chodziło o autobiografię. No to w ten sposób czytelnik przynajmniej dowiedział się, że mam wielkie plany na nowy rok i zamierzam zostać jeszcze przynajmniej przez rok w kraju Sarmatów. Cieszysz się, czytelniku?

 

Premium Drupal Themes by Adaptivethemes