Przejdź do treści

Jesteś tutaj

Mira Salska-Bünsch i jej "Dom po drugiej stronie"

Wysłane przez maru w 20. Maj 2009 - 21:00
Okladka  "Dom po drugiej stronie"
Strona tylna "Dom po drugiej stronie"

 
 
Mira Salska-Bünsch to osoba nieco skryta. Przy bliższym poznaniu bardzo ciekawa i zaskakująca. W Polsce studiowała polonistykę. Przez 20 lat była pracownikiem naukowym na Uniwersytecie Łódzkim na wydziale kulturoznawstwa. Filmoznawstwo to jej pasja. Pisała książki o filmie, o związkach filmu i literatury (m.in."Człowiek, słowo, świat"-o filmie dokumentalnym polskim i obcym).Tłumaczyła z angielskiego "Szczęście na codzień"oraz napisała wiele książek i artykułów naukowych. Od 1997 roku zamieszkuje w Hamburgu.
Przypadkiem trafiam na jej książkę "Dom po drugiej stronie". Kupuję w ciemno. Nie znam osoby, proszę o autograf. Krótka wymiana zdań: skromność, a jednocześnie otwartość i uśmiech. Odchodzę i myślę - ciekawa...chyba mam ochotę na więcej...
Zaraz zabieram się do czytania. Mimo wielu zajęć nie mogę się oderwać. Znowu się spotykamy. Przypadkiem. A może tak chciał los? Jakieś forum dyskusyjne po filmie. Obie jako goście forum. Obie Polki. Teraz się cieszę i wiem już napewno, że chcę więcej! "Mira....! chcę zrobić z tobą wywiad!" proszę przy wyjściu. Zgadza się. Doczytuję "Dom po drugiej stronie". Koniec! Dzwonię no i umawiamy się. Odwiedzam ją w jej domu.
 

 
maru:  Tuż po otworzeniu książki odbiorca ma poczucie, że jest to powieść autobiograficzna, na co wskazuje m.in. narracja oraz tytuły rozdziałów. Czy Anna jest porte-parole autorki tekstu?

Mira Salska-Bünsch: Nie..Nie jest.

maru:  Ale jest wiele wskazówek na to (m.in.mąż Niemiec,wiek,dom,status,historia przesiedlenia), że właśnie ty pod postacią Anny wyrażasz swoje myśli i poglądy. Punktem zwrotnym dla mnie jest oczywiście moment, kiedy to twój mąż poznaje na party Tamarę, gdzie pojawia się element zazdrości i erotyki. Do tej pory twoje życie książkowe jest bardzo fajne, wszystko układa się pozytywnie, ale to może czytelnika nudzić.
I dlatego wprowadzasz element fikcyjny, element napięcia, ale jednocześnie przed nim ostrzegasz, jakbyś chciała "rozgrzeszyć" Michaela (męża) np.: "Trzeba było bowiem w tej miłosnej historii niejakiego napięcia, bo inaczej jak możnaby ciekawie opisać ten przypadek miłości dwojga niemłodych już ludzi. W filmie na przykład, można w tym celu długo pokazywać ciało, ale- nie pięćdziesięciolatków, nie wyglądają bowiem tak, żeby inni mogli uwierzyć w ich pasję(...) bo nikt nie chciałby dalej śledzić ich losów- osób zwyczajnych, starych i szczęśliwych. Co to za materiał na opowiadanie: szczęśliwe wstawanie o poranku, szczęśliwe przytulanie się przed zaśnięciem". Twierdzisz, że nie jesteś porte-parole Anny, ok! Muszę to przyjąć pomimo, że się z tym nie zgadzam.

Mira Salska-Bünsch:  Muszę ci powiedzieć, że bardzo, bardzo wnikliwie analizujesz tę książkę. Powiedziałam, nie porte-parole, ponieważ tak jak zauważyłaś, powieść ta posiada dwie różne warstwy. Jedna warstwa to są rzeczywiście doświadczenia autentyczne, które stały się materiałem książki. Druga warstwa to fikcja. Na Uniwersytecie zajmowałam się analizą i budową filmu i stąd wiem, jak budować napięcia i jak są one nieodzowne, żeby materiał mógł być ciekawy dla odbiorcy. Pomyślałam, że muszę stworzyć taką fikcję, która by uniosła ten nadmiar materiału dokumentalnego. W przeciwnym razie byłoby to nużące.

maru: Na ile zgadzasz się ze słowami recenzji Dr. Henryka Pustkowskiego, iż główna bohaterka"znajduje się po drugiej stronie lustra" i jest jak Alicja w krainie czarów? Co jest takiego czarującego w emigracji?

Mira Salska-Bünsch:  W emigracji najbardziej czarująca jest fantazja i fantazmaty, które mamy. Zanim wyemigrujemy napewno mamy jakieś wyobrażenia o świecie po drugiej stronie. To tak jak w powiedzeniu, gdzie "trawa po drugiej stronie ulicy jest bardziej zielona". Napewno jest w tym prawda. Tworzymy sobie pewne fantazmaty na temat tego świata. I w momencie, kiedy człowiek przechodzi na drugą stronę i nie ma możliwości ucieczki w postaci na przykład powrotu do domu z krótkiej podróży (bo to jest coś zupełnie innego), to okazuje się, że te fantazmaty trzeba skonfrontować z rzeczywistością. I wtedy następuje ten moment rozbicia szkła i jest to moment konieczny. Często wiąże on się z bólem. Ale nawet ból może być bardzo twórczy. Wtedy człowiek żyje mocniej. 

maru: A propos tożsamości narodowej..Jaka jest twoja tożsamość? Czy ty nie mogłabyś tworzyć w kraju? Czym jest dla ciebie "granica" (nie w pojęciu topograficznym)? Czy stawiasz sobie pytania: kim jestem? dokąd zmierzam? (w sensie moralnym, etycznym, filozoficznym). Na ile Anna przekracza swoje granice, żeby wyrazić swoje opinie?

Mira Salska-Bünsch:  Pytanie jest bardzo ciekawe. W okresie młodości, kiedy jeszcze żyłam w innym świecie politycznym, to poczucie granicy, odrębności, narodowości było bardzo silnie wzmacniane. Ja tutaj czuję się kimś bardzo indywidualnym, czuję się po prostu sobą. Zastanawiam się nad swoją tożsamością narodową tylko wtedy, kiedy na przykład ktoś obraża mój naród. Z kolei jak jestem w Polsce, gdzie ludzie bardzo ostro mówią o Niemcach, to wtedy też mam poczucie jakiegoś bólu. Napewno czuję się Polką, ale nie jest mi na codzień potrzebne, żeby to podkreślać.

maru: I tu nasuwa się następne pytanie: jak postrzegasz dzisiaj tych ludzi, z którymi obcowałaś kiedyś, czy w konfrontacji z nimi czujesz się jak Anna "niebieskim słoniem" i jak ewoluował twój stosunek do nich i do świata?

Mira Salska-Bünsch:  To co było na początku to nawet widać w mojej książce. Z racji mojego zawodu analizowałam filmy dokumentalne i rokrocznie ze studentami przerabiałam tzw. niemieckie wochenszały z okresu wojny. Następnie zajmowałam się filmem propagandowym. Mnóstwo tych obrazów pozostało w mojej pamięci i utrwaliły się jakieś  takie straszne schematy.

maru: teraz rozumiem te wstawki w książce...

Mira Salska-Bünsch:  Ja myślę, że wielu Polaków, którzy nawet nie przeżyli wojny, a oglądali wiele filmów, mają obraz Niemca-nazisty , czy jakieś takie stereotypy, które nawet były w "Kapitanie Klosie" (śmiech). To jest bardzo trudno zniwelować. Moja rodzina miała możliwość zetknięcia się z konkretnym Niemcem, czy Niemcami, przyjeżdżając tutaj do mnie. U nich nie ma wyobrażenia Niemca w ogóle, a pojawił się ten konkretny Niemiec "Gerd" czy Niemka "Heidi". Tak że o tyle się to zmieniło.

maru: Często pojawia się u ciebie motyw wędrowca, tułacza np. Martin Buber, Jakub stale wędrujący. Czy jest to pewien syndrom poszukiwania sensu i celu życia? W jaki sposób ta wędrówka, tułaczka jest sposobem na życie, a na ile jest to poszukiwanie swojego miejsca na ziemi?

Mira Salska-Bünsch:  Dla mnie to nie jest ten dawny imigrant- tułacz, co po prostu człowiek- wędrowiec. Wydaje mi się że każdy, kto poszukuje jest wędrowcem bez względu na to,  czy porusza się w przestrzeni, czy tylko w swoich myślach. Każdy, kto próbuje wyjść z ram, które go ograniczają jest tym wędrowcem. Nazwisko Bubera używam celowo, bo jego filozofię bardzo lubię. On twierdzi, że tak naprawdę można się spotkać z drugim człowiekiem tylko w drodze, kiedy nic nas nie ogranicza i nic nie określa i kiedy potrzebujemy pomocy tego drugiego. Wtedy takie spotkanie jest najbardziej intensywne.

maru: W takim razie co dla ciebie jest ojczyzna: Polska, Stany Zjednoczone, Niemcy? i dlaczego? Na ile czujesz się Polką i czy to jest tak, że każdy w swojej wędrówce wraca do źródeł?

Mira Salska-Bünsch:  Myślę, że każdy człowiek ma tę jedną ojczyznę dzieciństwa i ta jest obłożona najwyższymi wartościami. I napewno chętnie się wraca, tak jak to Konwicki pisał- do swojej doliny dzieciństwa. Natomiast kiedy jest się wędrowcem, człowiek powinien próbować odnaleźć jedną następną ojczyznę, wiele ojczyzn. Nie ma chyba nic w tym złego. Dla mnie ojczyzną to są inni ludzie. Oczywiście jest jeszcze język- dlatego też sprawą tak ważną jest to, żeby imgranci uczyli się języka tego kraju, w którym są i żeby nie wstydzili się tym językiem mówić. Nic złego się nie stanie, jeżeli ma się dwie ojczyzny, dwa języki czy nawet ich więcej. Tak naprawdę w naszym sercu to my wiemy, która ojczyzna jest ta najbardziej ukochana. To jest ta, której nikt nie może nam zabrać, nikt nie może dosięgnąć- ta ojczyzna naszego dzieciństwa.

maru: Na ile pisanie jest dla ciebie ucieczką od problemów, z którymi spotykasz się na codzień? Czy znajdujesz w pisaniu ukojenie, radość, satysfakcję?

Mira Salska-Bünsch:  Każdy, kto chce pisać, czy każdy artysta (a ty jesteś muzykiem i też o tym wiesz), musi codziennie wykonać porcję pracy bez względu na to, czy mu się to podoba, czy nie. I to jest orka- to jest bardzo trudne, bardzo ciężkie. Bez tego nie ma tej lekkości muzyki czy pisania. To jest pozorne, że ktoś pisze bardzo lekko. To jest zazwyczaj efekt bardzo ciężkiej pracy i treningu. Druga strona to jest taka- w momencie, kiedy dzieło jest zamknięte, to jest jakaś ulga, satysfakcja. Dzieło to jednak odkleja się od nas i zaczyna żyć własnym życiem. Wówczas nadchodzi czas zacząć coś nowego. Pisanie pozwala mi wiele spraw lepiej zanalizować i zrozumieć. W momencie stresu lub gdy coś nas zaskoczyło, czy spotkała jakaś przykrość bardzo długo pozostaje "osad"- kiedy tego nie zanalizujemy. Ta analiza pozwala jakoś przełamać ten gorzki smak.
Książkę zaczęłam pisać także po to, aby na nowo oswoić sobie rzeczywistość. Wielu rzeczy wówczas nie mogłam zrozumieć i muszę przypomnieć epizod, który wywarł duży wplyw na moje życie.
W Polsce, po doktoracie - napisałam obszerną pracę habilitacyjną, która dostała dobre renzje i została obroniona. Na uniwersytecie tytułowano mnie już grzecznościowo profesorem. Nagle z tzw.Centalnej Komisji Kwalifikacyjnej w Warszawie nadeszła informacja, że habilitacja została zawieszona. Stało się to na podstawie anonimowej recenzji, z którą nie można było dyskutować. Ta Komisja, była totalitarnym narzędziem kontroli nauki, praktycznie bezkarnym. Używano jej, żeby utrącić osoby z jakichś względów nieporządane. Jeszcze do 2004 roku nie można było niczego podważyć. Obecnie zaczyna się o tym pisać, ale na uniwersytetach nie dokonano do tej pory żadnej lustracji. O ile się nie mylę ta kapturowa komisja istnieje nadal.
Wiem oczywiście, kto napisał tę recenzję, ale nie mogę tego podać, bo recenzja była anonimowa. Zresztą, ten człowiek był tylko narzędziem w rękach kogoś innego.
Niedługo potem otrzymałam po raz pierwszy trzy zachodnie stypendia do Niemiec (do tej pory wszystkie moje starania były bezowocne) i wtedy, czy można się dziwić,  postanowiłam zostać „po drugiej stronie“. Zamiast pogrążać się w poczuciu krzywdy spróbowałam oderwać się od tego wszystkiego. Zaczęłam opisywać i analizować nową rzeczywistość z punktu widzenia emigranta, a także twórcy różnego rodzaju historii.
 Do tej pory nawet nigdzie nie wspominałam o tym epizodzie, żeby nie zaprzątać sobie głowy
czymś, czego wielu ludzi poszkodowanych do tej pory nie może zmienić.
W moim stosunku do ludzi, pomimo wszystko, dzięki mojemu duchowemu wysiłkowi,  praktycznie nic się nie zmieniło. Wcześniej  nauczałam rzetelnie o kulturze, filmie, a także komunistycznej propagandzie, a „po drugiej stronie“ opisałam nową sytuację, po to, aby się to komuś może przydało. Dzięki temu, że od dawna tworzyłam teksty literackie, nie ma w powieści „Dom po drugiej stronie“ ani śladu żargonu naukowego, język jest jasny i zrozumiały.
Los zadecydował, że wbrew swoim planom życiowym zamieszkałam na Zachodzie. Teraz uważam to za bardzo piękne zrządzenie i dlatego obecnie wdzięczna jestem losowi, że oswobodził mnie z tych uniwersyteckich zaszczytów. Myślę, że człowiek twórczy, tak czy inaczej, znajdzie dla siebie miejsce.

maru: Czy ty czytasz tą książkę. którą już napisałaś? Czy wracasz do niej?

Mira Salska-Bünsch:  Nie, w ogóle nie. To jest tak jak ty wyćwiczysz już jakiś utwór i powracasz do niego tylko w momencie wykonania.

maru: Bardzo dziękuje za przemiłe spotkanie i życzę wielu sukcesów!
 
Zamów książkę: maru@kulturograf.de
                                                                                                                                                                maru
maru dziękuje Marcinowi Osijewskiemu za konsultację.

Premium Drupal Themes by Adaptivethemes