Przejdź do treści

Jesteś tutaj

Marzena Brandt - "Wersety Jerozolimskie" Mariana Grześczaka

Wysłane przez maru w 10. Maj 2013 - 16:44
15. Lipiec 2013 - 10:00

Marzena Brandt to przemiła osoba, zawsze uśmiechnięta, życzliwa i pomocna. Od wielu lat zainteresowana życiem hamburskiej Polonii i na bieżąco śledząca jej rozwój.
Pewnego wieczoru na jednym z "Polskich Spotkań", które tradycyjnie odbywają się w Rezydencji Konsula Generalnego RP w Hamburgu, Marzena przybyła z jeszcze ciepłym tomikiem wierszy, które bardzo mnie zainteresowały. 
Po dłuższej rozmowie z Marzeną Brandt zdecydowałam, że muszę Państwu opowiedzieć o tajemniczym tomiku.

 

maru: Kiedy wyemigrowałaś z Polski do Niemiec i z jakiego miasta w Polsce pochodzisz?

Marzena Brandt: Przyjechałam do Niemiec w listopadzie 1981 roku. Jestem gdańszczanką, tzn. urodziłam się w Gdańsku, ale mieszkałam przez długi okres czasu w Warszawie. Czyli w zasadzie robiałam zawsze szpagat pomiędzy dwoma miastami - Gdańskiem i Warszawą.

maru: Bardzo zainteresowała mnie ksiażka, którą pokazałaś mi w rezydencji. Czy możesz opowiedzieć o niej parę słów?

MB: Masz na myśli Wersety Jerozolimskie”?

maru: Tak.

MB: Jest to pośmiertne wydana książka przy udziale i wielkim zaangażowaniu mojej siostry Ingi. To ostani zbiór poezji mojego zmarłego w 2010 roku ojca. Większość tych tekstów ukazała się drukiem po raz pierwszy. Wiersze powstawały podczas ciężkiej choroby ojca w szpitalu w Wołominie i w szpitalu przy Banacha w Warszawie. Jest to dla mnie jakoby poetycko-literacka podróż poprzez Ziemię Świętą.

maru: Zbiór wierszy Mariana Grześczaka „Wersety Jerozolimskie”  został wydany w 2012 roku. Twój ojciec, wybitny poeta, i nie tylko, zmarł w 2010. Kto był inicjatorem tego wydania?

MB: Tato miał niebywale wielki dorobek literacki. Po długich rozmowach z siostrą i członkami rodziny doszliśmy do wniosku, że nie można tych zbiorów zaprzepaścić.  Z racji tej, że Biblioteka Raczyńskich w Poznaniu zainteresowała się odebraniem nie tylko tych zbiorów, ale również całej biblioteki taty, stwierdziliśmy, że przeznaczymy zbiory właśnie tej bibliotece.

To było również życzeniem ojca, który studiował w Poznaniu i tam zapoczątkował swoją karierę literacką. Oficjalne przekazanie zbiorów odbyło się podczas sesji popularnonaukowej „Cień światła. Życie i twórczość Mariana Grześczaka” w Pracowni Muzeum J.I. Kraszewskiego (Oddziale Biblioteki Raczyńskich) w Poznaniu (zobacz PDF u góry po lewej).

maru: Z moich research nie wynika, że Marian Grześczak miał córkę Marzenę Brandt. Pojawia się tylko nazwisko siostry Ingi Grześczak. Czy mogłabyś opowiedzieć, jaki miałaś stosunek do ojca i rodziny?

MB: Tak, owszem. Mój związek z tatą polegał bardziej na przyjaźni. Różne potyczki życiowe doprowadziły do tego, że moi rodzice w miarę wcześnie się rozeszli.  Byłam wychowywana głównie przez dziadków i jakoby na zasadzie doskoku zbudowałam relację z rodziną. Jednak cały czas miałam bardzo intensywny kontakt z tatą.

Z racji tej, że Inga była wychowywana prze tatę od dziecka, była może najbardziej duchowo i literacko jemu bliska. Ja jestem córką z pierwszego małżeństwa taty. Inga i Szymon z drugiego. Ich matka dość szybko umarła i tata ożenił się po raz trzeci. Z tego małżeństwa mamy jeszcze brata Wiktora.

Inga zawsze angażowała się twórczo w literackie przedsięwzięcia ojca, a moja emigracja od 1981 roku doprowadziła na pewno do faktu, że Inga jest bardziej podkreślana w mediach jako córka Mariana Grześczaka, a nie ja, co jest dla mnie całkowicie zrozumiałe.

maru: Tytuł zbioru wierszy „Wersety Jerozolimskie” pochodzi zapewne od wiersza „Cień światła”.
Pozwolisz, że go zacytuję:

Spostrzegłem na pustyni
Że kiedy ostre
Mocne światło
Natrafi na mocniejsze
Gęstsze światło
Powstaje zagęszczony
Cień ciemniejący

Jasnistość
Muszę jutro zapytać o to
Większe słońce

Bo może tak właśnie
Spełnia się zmartwychwstanie?

Twoja siostra Inga Grześczak w przedmowie do „Wersetów Jerozolimskich” określa ten utwór jako myśl przewodnią wszystkich wierszy w nim zawartych:
„Zdecydowałam się zamknąć tomik nie tym wierszem, który jest chronologicznie ostatni, ale utworem „Cień światła”, ponieważ wydaje mi się, że kondensuje to, co przenika całe „Wersety..”- jasny smutek”.

A co ty sądzisz na ten temat?

MB: Ja wielokrotnie analizowałam „Wersety...”. Nie wszystkie wiersze powstawały u kresu życia ojca. Wiele rękopisów leżało gdzieś w szufladzie. Często dochodziłam do wniosku, że sam fakt stworzenia „Wersetów...” w takiej formie był jakby pożegnaniem taty, z pełną świadomością tego odejścia. A ponieważ był bardzo wierzącym człowiekiem, było to jakoby skierowanie myśli ku religii, ku odejściu, ku stworzeniu ewentualnego życia po drugiej stronie.

maru: Marian Grześczak, jak już na początku wspomniałam, nie tylko był poetą, ale również prozaikiem, krytykiem literackim, tłumaczem, dyplomatą, autorem słuchowisk radiowych, dziennikarzem sportowym itd. Współpracował z „Twórczością” i „Tygodnikiem Kulturalnym”, ze „Sceną” oraz „Literaturą” i innymi.
Interesowała go awangarda i był prekursorem poezji konkretnej. Jest wiele publikacji w internecie na temat Mariana Grześczaka. Tu mogę polecić:

www.culture.pl lub www.polishculturesociety.com

Nie starczyłoby nam czasu, by opowiedzieć o sukcesach i twórczości twojego ojca. Co ty uważasz za najważniejsze, co cię inspiruje, co na zawsze pozostanie w twojej pamięci, kiedy myślisz o ojcu?

MB: Oczywiście nie mogę się zupełnie z dystansu wypowiadać na temat twórczości mojego taty, ponieważ mam z nim emocjonalny związek. Jestem z nim rodzinnie związana. Mogę tylko podkreślić mój kontakt jako córki.

maru: Właśnie o to mi chodzi...

MB: Był dla mnie bardzo fascynującym człowiekiem. To, czego nigdy nie zapomnę była zawsze pogoda jego ducha i optymizm, który miał w sobie. Miał niebywałą formę humoru, niespotykaną umiejętność opowiadania różnego rodzaju anegnot, którymi błyszczał w towarzystwie. Miał wokół siebie niebywałą aurę, uwielbiał kobiety. Ale najbardziej zostanie mi w pamięci jego specyficzny humor, który go nigdy nie opuszczał.

Nawet u kresu życia, kiedy odwiedziłam go w szpitalu dwa tygodnie przed śmiercią, w swoim sarkaźmie powiedział, że jest tutaj na urlopie. Ja zdziwiona zapytałam: „Tato, jak jesteś tu na urlopie? Przecież ty jesteś tutaj chory, leżysz w szpitalu.” Odpowiedział: „Nie córeczko, jestem na urlopie, bo jak umrę i będę później w niebie to i tak mi ten urlop do niczego już nie będzie potrzebny”.  To jest w zasadzie wymiernik jego nieprawdopodobnego humoru i podejścia do życia. Zawsze podkreślał: „Nie boję się śmierci, ale szkoda mi bardzo, że zostało tak mało czasu, żeby zrealizować te wszystkie plany, które jeszcze mam przed sobą”.

maru: Czy masz jakieś przesłanie w związku z ojcem? Czy czujesz się do czegoś powołana?

MB: Może bym tak tego nie nazwała- przesłanie. Ale sama pisuje wierszyki i zawsze to robiłam. Myślę, że ja, a być może miewała go też moja siostra – mamy pewien kompleks ojca, który był mistrzem w tej dziedzinie. Chętnie z tatą na ten temat rozmawiałam.

Czy mam jakieś przesłanie....może z racji tej, że znalazłam się tutaj, byłam skazana, jak większość emigrantów, na zajmowanie się zarabianiem na życie, poukładaniem swojej nowej egzystencji, a nie rozwojem literacko-kulturalnym. Teraz próbuję to trochę nadrobić. Wówczas nie było czasu. Nie powiedziałabym zdecydowanie, że powinnam być jakimś literatem. Mam bardziej talenty menadżerskie. Od niedawna zrodziła się u mnie pasja fotografowania. Jestem bardzo zainteresowana dokształcaniem się w tym kierunku i bardzo nad tym ubolewam, że nie zostałam fotografem.

maru: O czym nie wolno zapomnieć mówiąc o Marianie Grześczaku?

MB: O formie języka jaką tworzył i o miłości i uwielbieniu polszczyzny. On się bawi i żongluje słowem, tańczy z tym słowem. Uwielbia pieścić to słowo. Wiele lat temu zadałam tacie pytanie, czy wyobrażałby sobie życie za granicami kraju. Tato mówił bardzo dobrze po francusku. Odpowiedział, że nie wyobrażałby sobie życia gdziekolwiek za granicą, ponieważ nie mógłby tworzyć w swoim rodzimym języku, a tylko w takim potrafi przedłożyć siebie. Wydaja mi się, że to jest najistotniejsze i o tym nigdy nie możemy zapomnieć.

maru: Bardzo dziękuje za rozmowę i życzę wszystkiego najlepszego.

 

„Naimek o Marzenie” , Marian Grześczak

Twoja Nepalu
miłość góry
Moja Nepalu
Miłość córki

Himalaje sobie zadały:
dotknąć nieba!
Niebo wysłuchało
i trochę się przychyliło

_________________________
 
Ufrunęła rzeka
Pozalała góry
Skończył się brzeg

I zgrabił się Pan Bóg
Niosący na plecach wodę
Tyle wody na plecach
a pod stopami piasek

Piasek piasek piasek
Kryształy gór
Korona
Nad doliną

Warszawa, lipiec 1988, na urodziny córki Marzeny;
ona w Nepalu, ja na pustyni

 

Wspomnienia Ingi  Grześczak, córki Mariana Grześczaka:

"Konkrety izraelskie:

Na początku lat 80- tych Tata szefował Komisji Zagranicznej Związku Literatów Polskich i wtedy przyjechała delegacja pisarzy z Izraela. Tata szybko znalazł z nimi wspólny język. W tej delegacji byli, o ile pamiętam, Gabriel Moked, Miriam Akavia, Chaim Guri, David Avidan i Eli Barbur, nie wiem, czy ktoś jeszcze. Większość mówiła po polsku, bo to emigracja, np. Eli Barbur wyjechał tuż po liceum, w 1968 roku. Tak więc tata nie miał żadnych problemów z dogadaniem się.

Na zaproszenie strony izraelskiej wyjechał jesienią 1984 do Izraela – już jako osoba w pewnym sensie prywatna (to było po stanie wojennym, ZLP zawieszono, a potem odwieszono w duchu komuchowatym). No i go wzięło kompletnie – stracił głowę dla Izraela. Myślę, że w równej mierze z powodu urody i egzotyczności kraju, świadomości, że to źródło trzech największych kultur i religii: judaizmu, chrześcijaństwa i islamu, jak i z racji niezwykle serdecznego przyjęcia, z jakim się spotkał.

W Polsce była wówczas bieda z nędzą, wszystkiego brakowało, a Tata przyjechał uginając się pod walizami zawierającymi różne podarunki: odzież, sztućce (takich wielkich łyżek to ja nigdzie nie widziałam!), książki. Pamiętam, że przywiózł mi dwa tomy wielkiego słownika łacińsko-polskiego (u nas nie do dostania), które wypatrzył w antykwariacie w Tel Awiwie.

Latał do Izraela jeszcze kilkakrotnie, postanowił pokazać ten kraj całej rodzinie, zaczął czytać różne przewodniki, gromadzić albumy, interesować się historią Izraela (czytał np. dzieła Józefa Flawiusza).  

Z tych fascynacji najpierw powstał numer „Literatury na świecie” (rok 1992, nr 5-6) poświęcony literaturze izraelskiej (głównie hebrajskiej). Większość tekstów tłumaczył Tata, przede wszystkim z tzw. rybek, czyli dosłownych, bardzo dokładnych przekładów filologicznych.

Namówił też mnie do przełożenia kilkunastu wierszy Jehudy Amichaja – i znalazły się one w tej „Literaturze”. Tłumaczyłam z francuskiego przekładu; teraz bym  tak nie zrobiła, zdaję sobie sprawę, że tłumaczenia trzeba robić z oryginału. Wówczas jednak się ugięłam. Rozwinięciem i rozbudowaniem tej koncepcji była „Antologia izraelska” wydana w 1995 przez Wydawnictwo Dolnośląskie.

Przy wszelkich pracach translatorskich Ojcu służyli pomocą zwłaszcza Gabriel Moked i Eli Barbur, którzy dość często przyjeżdżali do Polski. Wiersze związane z Izraelem znalazły się m.in. w Taty tomach „Snutki” i „Nike niosąca blask”. To z grubsza tyle, ile pamiętam...”.

 

Inga  Grześczak - z wykształcenia filolog klasyczny i polonistka, wykładowca na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie uczy łaciny (a sporadycznie – greki) oraz prowadzi zajęcia ze sztuki przekładu (translatoria), redakcji tekstu i związków kultury antycznej ze współczesnością.

Wydała dwa zbiory esejów poświęconych tej tematyce, podręcznik do łaciny i (jako współtłumacz), dzieło Boccaccia poświęcone biografiom kobiet. Obecnie trwają przygotowania do wydania dialogu Erazma z Rotterdamu – tłumaczy głównie łacińskie teksty renesansowe (tych przekładów jest jak na lekarstwo). Ostatnio co jakiś czas występuje w audycji radiowej (program 2 Polskiego Radia) o kuchni i literaturze (tytuł „Droga przez mąkę”).

 

 

Premium Drupal Themes by Adaptivethemes